W południe więzień zasnąłem ubogi,

Aż mi sen wdzięczny tę przysługę sprawił,

Żem swą dziewczynę całował bez trwogi

I w jej gładkości myśli moje bawił,

I obłapiając depozyt tak drogi,

Wszytkie-m na stronę frasunki odprawił,

A zbytnia radość ledwie mi żywota

Nie wzięła, duszy otworzywszy wrota.

 

Taką uciechą będąc opojony.

Ulałem potem zapalone skronie

I ze wszytkich sił swoich obnażony

Padłem wpółmartwy na jej ślicznym łonie

I widząc, że głos ustawał zemdlony,

Krzyknąłem jak ów, co z przygody tonie:

"Ratuj mię, przebóg, stanie-ć za odpusty,

Gdy zahamujesz duszę w ustach usty!"

 

Tum zamknął mowę, a ona bez mowy

Widząc mię, bez tchu i bez życia znaku,

Zemdlonej dźwiga i podnosi głowy .

I usty swymi całuje bez braku

W usta i w oczy i wdzięcznymi słowy

Dodaje słodkim pieszczotom przysmaku:

"Jeśliże - mówi - śmierć twoja prawdziwa,

Czemuś ty umarł, czemużem ja żywa?"

 

I już poczęła myślić, jaką raną

Dać wolną drogę pięknej duszy z ciała,

Kiedy się śmierć jej ruszyła stroskaną

Gładkością i mnie żyć znowu kazała:

A ona z twarzą łzami sfarbowaną:

"Żyj śmiele - rzekła - abym zawsze miała

Zwycięstwa mego ten znak niewątpliwy,

Że kto tak kona, dłużej będzie żywy".