I.   Tworzywo

 

1.

Słuchaj, kiedy stuk młotów miarowy i tak bardzo swój

przenoszę wewnątrz ludzi, by badać siłę uderzeń –

słuchaj, prąd elektryczny kamienistą rozcina rzekę –

a we mnie narasta myśl, narasta dzień po dniu,

że cała wielkość tej pracy znajduje się wewnątrz człowieka.

 

Twarda, pęknięta dłoń inaczej młotem wzbiera,

inaczej się rozwiązuje w kamieniu ludzka myśl –

kiedy energie ludzkie oddzielisz od sił kamienia

i przetniesz w właściwym miejscu – tętnicę pełną krwi.

 

O, popatrz, jak można miłować w takim gruntownym gniewie,

który wpada w oddechy ludzi jak rzeka od wiatru pochyła,

i nie dochodzi do głosu, tylko struny wysokie zerwie –

przechodnie pierzchają do bram –

ktoś głosem ściszonym powiedział: to jednak jest wielka siła.

 

Nie lękaj się. Sprawy ludzkie szerokie mają brzegi.

Nie wolno ich w ciasnym łożysku więzić nazbyt długo.

Nie lękaj się. Sprawy ludzkie stoją od wieków

w Tym, na którego patrzysz poprzez młotów miarowy stukot.

 

2.

Związane są bloki kamienia przewodem niskiego prądu,

który wcina się w nie tak głęboko, jak niewidzialny bicz

– kamienie znają ten gwałt,

kiedy dojrzałą spoistość nieuchwytny rozpruwa podmuch,

który odrywa je z nagła od ich wieczystej prostoty

– kamienie znają ten gwałt.

Jednak nie prąd elektryczny rozwiązuje w całości ich moc,

ale ten, co ją nosi w swych dłoniach:

robotnik.

 

 

3.

Dłonie są krajobrazem serca. Dłonie pękają nieraz

jak wąwozy, którymi się toczy nieokreślony żywioł.

Te same dłonie, które człowiek wówczas dopiero otwiera,

gdy nasycone są trudem –

i widzi, że przez niego jednego inni ludzie spokojni już idą.

 

Dłonie są krajobrazem. Gdy pękną, to wtedy w ranach

wzbiera fizyczny ból, rwący swobodnie jak strumień.

Ale człowiek nie myśli o bólu.

Ból sam jeszcze nie jest wielkością,

a swej właściwej wielkości on po prostu nazwać nie umie.

 

4.

Przecież nie tylko ręce opadają ciężarem młota,

nie tylko wzbiera tors i mięśnie kształtują swój styl –

ale przez pracę jego myśli głębokie wiodą,

by się wiązać zmarszczkami na czole,

by się wiązać wysoko nad głową ostrym łukiem ramion i żył.

 

Gdy więc tak się na chwilę przemieni w przekrój gotyckiej budowli,

który przenika zrodzony z jego myśli i oczu pion –

to nie jest tylko profil!

to nie jest tylko postać między kamieniem a Bogiem

skazana na wielkość i błąd!

 

II.   Natchnienie

 

1.

Praca zaczęła się wewnątrz, a na zewnątrz ma tyle przestrzeni,

że dłonie ogarnia natychmiast i dosięga do granic oddechu.

Oto spójrz: wola trafiła w kamienia głęboki dzwon.

Kiedy myśl uzyskuje swą pewność,

wówczas razem dosięgły szczytu serce i dłoń.

 

Za ten pion, za tę pewność umysłu, za pewność oka

płaci się ręką szczodrą.

Wydaje ci kamień swą moc, a przez pracę dojrzewa człowiek,

ona bowiem niesie natchnienie trudnego dobra.

 

I od niej się to zaczyna, co narasta w sercu i myślach,

co tyle ważnych wydarzeń i ludzi tylu osacza

– jakaż miłość dojrzewa w młotach!

Grupki dzieci poniosą ją w przyszłość,

śpiewając:   "w sercach ojców bezgraniczna spełniała się praca".

 

2.

To natchnienie w dłoniach nie zostaje. Do kamienistych rdzeni

zstępuje przez serce człowieka, które tworzy osobny rdzeń.

I od niego rozrasta się w ziemi historia kamieni,

a w ludziach ta równowaga, którą miłość osiąga przez gniew.

 

One obie prowadzą człowieka, nie wyczerpią się w ludziach nigdy,

nie ustaną w napięciu ramion ani w serca ukrytym geście –

a biorą się z siebie wzajemnie, dopełniają się taką dźwignią,

która myśli i ruchy zespala w nierozerwalny pierścień.

 

Więc jeśli chcesz trafić z daleka i wejść, i w ludziach pozostać,

to musisz obie te siły skupić mową nad wyraz prostą

(mowa twoja nie może prysnąć w napięciach owej dźwigni,

którą tworzą miłość i gniew).

Wówczas nikt Cię nie wydrze z człowieka, nie oderwie od niego nigdy.

 

 

III.   Uczestnictwo

 

Oto światło surowej deski niedawno wyjęte z pnia

upływa w twoją dłoń ogromem wszelkiej pracy.

A całe tej dłoni napięcie o taki opiera się Akt,

że wszystko przenika w człowieku i wszystko gładzi.

Człowiek ma oczy zmęczone i ostre brwi.

Kamienie mają krawędzie ostre jak noże,

Prąd elektryczny tnie ściany jak niewidzialny bicz,

Słońce, lipcowe słońce. W kamieniach biały pożar.

 

Czyż ręce moje należą do światła, co blaskiem przecina

tory kolejki, kilofy i w górze nad nami płot?

Moje ręce należą do serca, a serce nie przeklina –

(oddalaj serce od ust, gdy usta prostacko klną!).

Znam was, wspaniali ludzie, ludzie bez manier i form.

Umiem patrzeć w serce człowieka bez obsłon i bez pozorów.

Czyjeś ręce należą do pracy, czyjeś ręce należą do krzyża.

W górze nad wami płot – tam kilofy rozrzucone na torach.

 

Są puste miejsca w kamieniach – nie trafiaj na takie miejsca!

Filary podcięte prądem zsypują się w dół jak do naczyń.

Młodzi szukają drogi. Wprost w moje serce

uderza droga wszystkich. Czyż kamień przebacza?

 

Słuchaj, gdyby świat stanął w tej równowadze rąk,

którą przez każdy wybuch kamienia i człowieka

rozpościerasz niezmiernie nad płotem, o kilka kroków stąd

– tamtędy czasem dziecko nieostrożnie przebiega.

 

Lecz równowaga ta, którą samotnie trzymasz,

wydaje się równocześnie za blisko i za daleko.

Trzeba się nagiąć zarazem i zarazem trzeba się wspiąć.

(Dziecko jest nieostrożne i łatwo tamtędy przebiega.)

 

I znów zostaje milczenie między sercem, kamieniem i drzewem.

Każdy w nie może wejść. Jeśli wszedł, pozostanie sobą.

Jeśli nie wszedł, to mimo pozorów, we wszystkich sprawach ziemi

nie uczestniczy dotąd.

 

(Pamięci towarzysza pracy)

 

1.

 Nie był sam. Mięśnie jego wrastały w ogromny tłum,

dopóki dźwigały młot i pulsowały energią –

Lecz trwało to wszystko tak długo, dokąd czuł pod stopami grunt,

dokąd kamień nie zmiażdżył mu skroni

i nie przeciął komór serca.

 

2.

Wzięli ciało, szli milczącym szeregiem.

 

3.

Trud jeszcze zstępował od niego i jakaś krzywda.

Mieli bluzy szare, buty wyżej kostek w błocie.

Ujawniali właśnie to wszystko,

co wśród ludzi powinno się skończyć.

 

4.

Czas jego stanął gwałtownie. W zegarach niskiego prądu

zerwały się nagle wskazówki i spadły z powrotem do zera.

Przeniknął go biały kamień, w istotę jego się wżarł

i przejął ją wreszcie na tyle, że stała się sama kamieniem.

 

5.

Któż z niej odwali kamień? Kto myśli na nowo rozpostrze

W skroniach głęboko pękniętych – tak pęka na ścianie tynk.

Złożyli go milcząc plecami na płachcie żwiru.

Przyszła znękana żona i wrócił ze szkoły syn.

 

6.

Czy dotąd? Czy jego gniew ma się tylko na innych przelać?

Czy nie dojrzewał w nim samym własną miłością i prawdą?

Czyż mają go jak tworzywo zużyć pokolenia

i wyzuć z treści najgłębszej, jedynej i własnej?

 

7.

I znowu ruszyły kamienie. Wagonik ginie w kwiatach.

I znowu prąd elektryczny ściany głęboko tnie.

Lecz człowiek zabrał z sobą wewnętrzną strukturę świata,

w której miłość tym wyżej wybuchnie, im większy nasyca ją gniew.