Pół globu wypływa spod nocnych gwiezdności 

śpiący już ręce unoszą a zasiani są gęsto jak sieć 

przedświt schodzii łagodnie ma moc uspokoić uprościć 

lecz zginie gdy się w niebo wleje płonąca miedź 

północ sączyła udrękę cóż z tego zabłysła woda

można choć konno uciec uciec wydłuż niskich wierzb 

tu koń tu na wprost drogą pachnie jesienna uroda 

zaranna rosa liże po rękach jak zwierz 

 

jest wybawienie kupcy cieśle prorocy złodzieje 

patrzeć młodo 

widnokrąg ugnie się niby rzemień 

zanim rozdnieje strzemię 

 

powietrze rwiesz to pęd ro pęd u czoła wiatr i wiatr 

u pięt promienie wierzb unosi wiatr i wiatrem koń 

w czerwony pęd w niebieski pęd w zliolony pęd 

ha w wodospadach pagórków tętent lotnej pogoni 

najbliżsi nienawistni na koniach smolistych i rydzych 

 

chcesz czy nie chcesz zaliczonyś do nich 

widzisz 

w świtaniu pałającym przewala się tłum jeźdźców 

a oddalając się rosną 

o klęsko 

dno 

 

zawrzały jednocześnie noc północ świt i wieczór

droga strumień wierzbiny burzą się wirują grzmią

a konie jak urastają gniotąc ogromem jasień 

w potwornych obłoków leju znikasz i ty i oni i wszystko 

 

i nie wiadomo gdzie się 

ozwaia trąbka żołnierska 

grając opadłym z wierzb listkom